W listopadzie 2024 r. przez dziesięć dni przemierzaliśmy Meksyk, poznając jego historię, religijność i kulturę. Pierwszy i ostatni dzień był przeznaczony na Guadalupe – gdzie bije katolicie serce Meksyku. Zaczęło się wszystko w poranek 9 grudnia 1531 r. Na wzgórzu Tepeyac pokorny Juan Diego ujrzał Matkę Pana. Wieczorem było drugie spotkanie, potem kolejne. Najważniejsze objawienie miało miejsce 12 grudnia, u podnóża Tepeyac. Maryja wysłała Juana na szczyt po kwiaty, gdzie mimo zimowej pory znalazł piękne róże. Najświętsza Dziewica ułożyła z nich bukiet, zawinęła w opończę i poleciła zanieść do biskupa jako oczekiwany przez niego znak. Kiedy Juan rozwinął opończę, oczom zdumionego biskupa i towarzyszących mu osób, ukazał się przepiękny wizerunek Maryi. W tym czasie Najświętsza Dziewica ukazała się jeszcze wujowi Bernardino, przynosząc mu łaskę cudownego uzdrowienia. Maryja z Guadelupe ma rysy metyskie. Na Jej szacie były nie tylko gwiazdy, ale też rośliny symbolizujące u Azteków porządek wszechświata i przekaz życia. Czarna tasiemka poniżej rąk oznaczała stan błogosławiony. Zasłaniała sobą słońce, które do niedawna czczono jako bóstwo, składając ofiary z ludzi. Maryja mówiła do Indianina w jego języku. „Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę”.



Słowa Maryi świadczą, że doskonale rozumiała sytuację podbitego narodu. Odkrycia geograficzne pod koniec XV wieku zmieniły świat. Europejczycy uświadomili sobie, że nie są jedyni na ziemi. Kilkuset hiszpańskich konkwistadorów podporządkowało wielomilionowe i wielokulturowe imperium, zakładając „Nową Hiszpanię”. Podobnie działo się we wszystkich odkrytych ziemiach. Nie brakowało twierdzeń, że „dzikusy”, którzy nie mówią po hiszpańsku czy portugalsku, ani nie posługują się sztućcami, pewnie nie posiadają duszy. Można więc ich bezkarnie ograbić z wszelkich naturalnych bogactw, a nawet pozbawić życia, jak to często bywało. Biały człowiek, który miał tubylcom przynieść wiarę i lepsze życie, często bardziej cenił pieprz, złoto i kość słoniową niż zbawienie dusz. Okręty wiozące konkwistadorów wiozły co prawda misjonarzy, ale chrystianizacja Indian postępowała bez większych sukcesów. Godny podziwu był trud franciszkanów, którzy przełożyli Pismo Święte na indiańskie narzecze. Widzieliśmy taki egzemplarz w muzeum w Tzintzuntzan. Budowali też kaplice polowe przy wielkich kościołach (nierzadko powstawały ze zburzonych azteckich piramid), ponieważ ochrzczeni Indianie często woleli uczestniczyć w liturgii stojąc na zewnątrz, bo w ten sposób wyrażali związek z naturą. Wzajemne relacje pomiędzy Hiszpanami i Indianami najbardziej poprawne były w Meksyku, co jest owocem objawień w Guadalupe. Opowiada o tym popularna pieśń: La Guadalupana, która była naszym hymnem: „W geście prośby złożyła swe dłonie, żeby Meksykanie pojednali się”. Nację metyską, powstałą w wyniku łączenia się Hiszpan z Indianami, można powiedzieć, że sama Maryja uhonorowała, bo na czcigodnej tilmie przyjęła rysy metyskie. Po objawieniach w Guadalupe liczono nawrócenia tubylców w milionach! Wędrowali tygodniami w poszukiwaniu kapłana i łaski chrztu. Dzisiaj nie ma kościoła, jak Meksyk długi i szeroki, żeby nie było w nim wizerunku Dziewicy z Guadalupe, Matki obu Ameryk, Matki pojednania! Piątego dnia pielgrzymki przesiedliśmy się z autokaru na końskie grzbiety i dotarliśmy do San Juan Paricutin – miasta, które w 1943 roku całkowicie zniszczył wulkan. Lawa wlała się również do kościoła. Ocalała wieża i w całości ołtarz główny. Z trudem podeszliśmy do ruin prezbiterium. Zachowany krzyż jest otoczony czcią. Ktoś dba o oto miejsce, przynosi kwiaty, ustawił inne krzyże i figurki świętych. Tam również jest wizerunek Matki Bożej z Guadalupe!






Dzisiaj ludzie także potrzebują pojednania z Bogiem, ze sobą i światem. Nasze relacje nieraz przypominają zalane lawą ruiny. I coraz bardziej jest na nowo odkrywana łaska Guadalupy. Czcigodna tilma nie przestaje zadziwiać. Już prawie pięć wieków trwa nienaruszona, a przecież indiańskie okrycie wykonane z włókien agawy wytrzymuje zaledwie 20 lat! Obraz zachowuje się jak żywy organizm: ma temperaturę ludzkiego ciała, tętno – jak bicia serca nienarodzonego dziecka, a w źrenicach Maryi są widoczne sylwetki 13 osób, które były świadkami cudu w siedzibie biskupa Juana de Zummaraga. Maryja prowadzi do Boga i nas wzajemnie do siebie. Niegdyś dzięki Niej Indianie i Hiszpanie podali sobie ręce. Doświadczyliśmy wielkiej życzliwości od mieszkańców Meksyku. Kiedy orkiestra prowadziła naszą grupę pod polską flagą na spotkanie z Matką Bożą, policjanci zatrzymywali ruch na ulicach, choć pojazdy miały zielone światło. Tak ważni byli polscy pielgrzymi idący na spotkanie Matki i Królowej! Wiemy, że ten szacunek to owoc miłości, jaką zostawił w sercach Meksykanów św. Jan Paweł II. Obyśmy jak On umieliśmy żyć wiarą, miłością i pojednaniem.
Pielgrzymowaliśmy pod znakiem Apostolstwa Rodziny Saletyńskiej, naszym duchowym opiekunem był ks. Lesław Pańczak – misjonarz saletyn, a wśród 40 uczestników sześcioro to członkowie ARS-u, więc nic w tym dziwnego, że każdy dzień rozpoczynaliśmy modlitwą do Matki Bożej z La Salette Pojednawczyni grzeszników, a w środę pozdrawialiśmy Maryję saletyńską Nowenną. Szczególną łaską i odkryciem w Meksyku stało się nawiedzenie kaplicy ku czci Płaczącej Matki objawionej pastuszkom w La Salette. Było to w miejscowości San Miguel de Allende, kiedy w czasie wolnym po Mszy świętej spacerowaliśmy po starówce. Matka Pojednania ma nie tylko twarz Dziewicy z Guadaupe, ale też Pięknej Pani z La Salette.
Iwona Józefiak OCV







